MÓJ STOSUNEK DO PRL

Strona Główna Forums 2. Historia Polski 3. Historia najnowsza MÓJ STOSUNEK DO PRL

Viewing 1 post (of 1 total)
  • Author
    Posts
  • #1150
    Piotr Chróściel
    Guest

    Na piątym roku studiów na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, w roku akademickim 1993/1994 prof. Wiesław Władyka prowadził z nami wykład monograficzny – „Wokół PRL”. Warunkiem uzyskania zaliczenia było napisanie pracy „Mój stosunek do PRL”. 7-stronicowy tekst, który wówczas stworzyłem, profesor Władyka uznał za najlepszy ze wszystkich mu przedstawionych i wpisał mi do indeksu ocenę „bdb”. Było to ostatnie zaliczenie, na ostatnim, dziesiątym semestrze. Tę osobistą refleksję przedstawiam na tym forum bez żadnych zmian, dokładnie w takiej formie, w jakiej przekazałem ją prof. Władyce w maju 1994 roku. 20 lat później pewnie na niektóre sprawy patrzę nieco inaczej, ale generalnie nadal podpisuję się pod tamtymi słowami. Zaskakująco trafna była moja prognoza dotycząca wyborów prezydenckich w 1995 roku. Rzeczywiście wygrał je Aleksander Kwaśniewski. Stopień dezaktualizacji mojej pracy jest niewielki, ale jednak zauważalny. Nie żyją już Zdzisław Piasecki i profesor Ryszka. Nie ma dziennika „Słowo Powszechne”. Nie ma też Szkoly Podstawowej nr 37 im. Gwardii Ludowej. Z listy warszawskich szkół średnich znikło Liceum św. Augustyna. Prof. Aleksander Łuczak już dawno przestał być wicepremierem i ministrem edukacji narodowej, a prof. Włodzimierz Siwiński był rektorem Uniwersytetu Warszawskiego do 1999 roku. Praca magisterska, którą wspominam pod koniec swojego tekstu, ostatecznie otrzymała tytuł „Zarys dziejów Sekcji Polskiej Radia BBC 1939-1995” i została przeze mnie obroniona 14 lipca 1995 roku. Jej promotorem był prof. dr hab. Michał Gajlewicz. Szczegóły te nie zmieniają jednak zasadniczego sensu mojego wywodu.

    Niniejsza praca nie ma charakteru naukowego, chociaż na jej podstawie można wyciągnąć naukowe wnioski. Wyszedłem bowiem z założenia, że o PRL tęższe ode mnie umysły napisały już dużo i jeszcze napiszą. Jedyną rzeczą, na którą mogę się zdobyć, jest osobista refleksja na temat Polski Ludowej. Składają się na nią minione doświadczenia i przeżycia – moje i mojej najbliższej rodziny. Mam nadzieję, że to, co napiszę, będzie wprawdzie refleksją subiektywną, ale za to pełną autentyzmu, który cechuje zdarzenia i fakty będące udziałem konkretnych osób.
    W 1968 roku rozpocząłem naukę w Szkole Podstawowej nr 37 w Warszawie. Placówką tą opiekowało się środowisko tzw. „partyzantów” związanych z Moczarem i jemu podobnymi. Szkołę odwiedzali często wojskowo-milicyjni prominenci, na przykład generał Pietrzak. Również do klasy chodziło ze mną sporo dzieci funkcjonariuszy MO i UB oraz oficerów LWP (szkoła mieści się przy ulicy Narbutta, a to ostatecznie blisko Rakowieckiej). 15 maja 1969 roku mojej „podstawówce” nadano imię Gwardii Ludowej – upamiętniono w ten sposób dzień 15 maja 1942 roku, kiedy z Warszawy wyruszył w bój pierwszy oddział GL pod dowództwem Franciszka Zubrzyckiego – „Małego Franka”. Uroczystość miała własciwą oprawę. W ogóle na moich pierwszych szkolnych akademiach śpiewało się takie unikatowe songi jak „My ze spalonych wsi, my z głodujących miast” lub „Budujemy miasta, budujemy wsie”. Moje dzieci i wnuki już tych pieśni nie poznają.
    W 1976 roku w szkole otwarto Izbę Pamięci Narodowej. Do dziś trzymam na pamiątkę „Płomyk” z 25 sierpnia 1976 roku. Na zdjęciach moi koledzy i koleżanki ze sztandarem, gdzieś w tle moja buzia, której w tamtych czasach nie zdobiły jeszcze wąsy. Jako prymus (5 odznak wzorowego ucznia) wziąłem czynny udział w otwarciu owej izby – byłem wśród kilku uczniów, którzy oprowadzali po niej zaproszonych gości. Nasza nauczycielka rosyjskiego, tęga aktywistka, często powtarzała nam, że „jeśli chodzi o Katyń, to tego nie zrobili Rosjanie”. Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że była prawdziwym fachowcem w temacie języka urzędowego Wielkiego Brata. Tak dobrze wprowadziła nas w tajniki gramatyki rosyjskiej, akcentu, intonacji, że kiedy poszedłem do liceum, przez pierwsze dwa lata nauki miałem „etatową” piątkę z tego języka. Mój poziom wyprzedzał znacznie umiejętności innych kolegów z klasy. O pewnych sprawach owa nauczycielka nie musiała mnie jednak przekonywać. W moim domu, na imieninach rodziców śpiewało się pieśni partyzanckie z nurtu AK-owskiego, pieśni legionowe, sanacyjne hity Szpilmana, Warsa i Petersburskiego, a nawet „Rebekę” i „Sztatełe Bełsk”. Obraz nauki w szkole podstawowej nie byłby jednak pełny, gdybym nie wspomniał, że do dziś na ścianie w moim pokoju wisi oprawiony dyplom „dla ucznia Piotra Chróściela, za zdobycie I miejsca w konkursie wiedzy o Mikołaju Koperniku zorganizowanym przez Szkołę Podstawową nr 37 – Warszawa, 3 marca 1973”. Pamiętam, że współorganizowałem również dwie bodaj akademie szkolne na temat Komisji Edukacji Narodowej. Są to dowody, że zawsze – przynajmniej za mojego życia (urodziłem się w 1961 roku) – istniały idee i wartości, które honorowano ponad doczesną polityką – nawet w szkole, którą opiekowali się ludzie z najbardziej twardego nurtu w nieboszczce partii. Największy „naukowy” sukces w latach edukacji podstawowej odniosłem jednak w 1974 roku, w konkursie „Moja Ojczyzna Polska Ludowa w XXX-leciu”. Wygrałem eliminacje dzielnicowe na Mokotowie i uzyskalem wyróżnienie w finale stołecznym. Dyplomów uzyskanych za te osiągnięcia nie wyrzucę do śmierci.
    A potem było Liceum św. Augustyna. Taką nazwę przyjemniej wspominać niż oficjalnego sponsora – Stowarzyszenie PAX. Spójrzmy na listę absolwentów i niedoszłych absolwentów. Toż to prawdziwa mieszanka piorunująca. Rok 1953 – Jacek Fedorowicz. Rok 1954 – Adam Bronikowski, jedna z gwiazd PRL-owskiej telewizji. Rok 1962- Jacek Szymanderski. Marka Perepeczkę wywalili, bo spuścił przez okno szkolne pianino. Również dla Krzysztofa Króla, prawej reki Moczulskiego w KPN, poziom „Augustyna” był za wysoki. Nie dotrwał do matury. Szkołę skończyli za to synowie całej śmietanki paxowskiej. Poznałem osobiście synów Piaseckiego – Ładysława i Zdzisława (ten drugi uczy teraz historii w szkole, którą ufundował jego ojciec). Do jednej klasy chodziłem z synem innego czołowego działacza PAX-u, wówczas opiekuna szkoły z ramienia Stowarzyszenia i dyrektora Instytutu Wydawniczego PAX, później redaktora naczelnego „Słowa Powszechnego”, posła na Sejm kilku kadencji (karierę polityczną zakończył w sejmie „przejściowym”). Syn urządzał wspaniałe prywatki w willi ojca. Pamiętam, jak w służbówce pana posła kochałem się ze swoją pierwszą dziewczyną. W latach nauki w św. Augustynie poznałem również obecnego redaktora naczelnego dziennika katolickiego „Słowo” Jerzego Marlewskiego. Najwyraźniej odkrył on w sobie na stare lata humanistyczne powołanie. W szkole uczył bowiem matematyki. Co jeszcze mi utkwiło w pamięci z tamtych lat? To chyba, że w liceum nie prowadzono żadnej paxowskiej czy socjalistycznej indoktrynacji. Za moich czasów była to wspaniała katolicka szkoła, którą wybrałem w sposób ŚWIADOMY. Nota bene w okresie Polski Ludowej przyjąłem wszystkie sakramenty święte do bierzmowania włącznie. Na czasy wolnej Polski zostawiłem sobie sakrament małżeństwa i ostatniego namaszczenia. Wśród swoich bardzo osobistych „Trofeów” trzymam monografię szkoły pióra Jana Józefa Górskiego, polonisty, późniejszego dyrektora tej placówki („Rzecz o Liceum św. Augustyna”, Instytut Wydawniczy PAX, 1982) z następującą dedykacją autora: „Piotrowi Chróścielowi, dziękując za twórczy udział w dorobku tej szkoły (kulturalno-rozrywkowy i intelektualny)”. Uważam to za duży komplement, na który zresztą w pełni zasłużyłem. Byłem przez rok redaktorem szkolnej gazetki „Klexpress”, a przez trzy lata solistą szkolnego zespołu bigbeatowego, współpracowałem również ze szkolnym teatrem. Muzycznym faworytem naszego zespołu był Paul McCartney, najzdolniejszy z Beatlesów, w okresie PRL o wiele bardziej popularny nad Wisłą niż obecnie. Ten wątek artystyczny odbiega tylko pozornie od tematu tej pracy. Muzyczne fascynacje zainspirowały mnie kilkanaście lat później do napisania pierwszej polskiej i wschodnioeuropejskiej biografii genialnego mańkuta z Liverpoolu. Książka ta ma PRL- owskie korzenie. Jej historia jest odzwierciedleniem mojego w dużej mierze romantyczno-sentymentalnego stosunku do życia za Żelazną Kurtyną (przy całej świadomości błędów, wypaczeń i zła). W styczniu 1994 roku w recenzji koncertu McCartneya, którą zamieścił magazyn „Tylko Rock” pisałem: „A ‚Let Me Roll It’ to okres nauki w Liceum św. Augustyna. Nasz bigbeatowy zespół grający zwykle na mszach świętych postanowił pochałturzyć na szkolnej dyskotece. Pamiętam dokładnie. Stałem na scenie z mikrofonem w ręku i śpiewałem mccartneyowską ‚pościelówę’ (to były czasy, kiedy ‚Let Me Roll It’ słyszało się jeszcze w radiu i na dyskotekach), podczas gdy kumpel obrabiał w tańcu panienkę. Tego wieczoru byłem Beatlesem. Tym sposobem McCartney zupełnie niechcący przypomniał mi w Earl’s Court czasy socjalizmu realnego, dla mnie romantyczne i zwariowane jak każda młodość”.
    Tak, tak zachodnia muzyka może doprowadzić do konkretnych refleksji na temat Polski Ludowej. PRL-owska młodzież mogła podziwiać „na żywo” Rolling Stonesów, Animalsów, Blood, Sweet and Tears i Eltona Johna. Kiedy przyjeżdżali, jakoś nie przeszkadzała im niedoskonałość naszego prawa autorskiego i brak sponsorów. Stonesi zagrali w Warszawie za czasów Gomułki, a McCartney nie może za czasów Wałęsy. Myślę po prostu, że muzyka rockowa miała wówczas do wykonania w Europie Wschodniej konkretną polityczną misję. Chodziło o zarażanie młodzieży zachodnią pop-kulturą i stylem życia, co pogłębiało jej krytyczny stosunek do władzy. Tym samym do obalenia komunizmu w Polsce w jakimś stopniu przyczynił się również…Mick Jagger.
    Z lat nauki w liceum zapamiętałem także styczniowe spotkania uczniów przy tablicy poświęconej pamięci Bohdana Piaseckiego, syna Bolesława, ucznia szkoły porwanego spod jej budynku 22 stycznia 1957 roku, a następnie zamordowanego. Okup porywaczom osobiście nosił prefekt szkoły ks. Mieczysław Suwała (pseudonim z partyzantki „Oro”), kapelan oddziałów AK w Puszczy Nalibockiej i Uderzeniowych Batalionów Kadrowych Bolesława Piaseckiego, w końcu wojny aresztowany przez Rosjan i więziony na Łukiszkach w Wilnie, w okresie PRL „ksiądz patriota”, uczestnik Kongresu Pokoju w Moskwie (1955). Był to bardzo inteligentny facet, absolwent Instytutu Filozofii w Innsbrucku. Uczniowie nazywali go po prostu „Mietkiem”. Dla mnie pozostanie na zawsze symbolem tragicznego rozdarcia ideowego, jakie stało się udziałem tak wielu ludzi PRL. Zamordowanie Bohdana Piaseckiego zaś to sprawa bardzo bolesna, jeden z najbardziej głośnych, a zarazem tajemniczych mordów politycznych w czasach Polski Ludowej. Dziś, kiedy znam już glośną książkę Petera Rainy, mogę powiedzieć jedno – potępiam całkowicie sposób wyrównywania rachunków z ojcem poprzez mordowanie niewinnego syna. Jednocześnie jednak uważam, że nie wolno nikomu na podstawie tej sprawy budować jakichkolwiek uogólnień, obwiniając za dokonane zło wszystkich przedstawicieli jednej z polskich mniejszości etnicznych.
    W 1980 roku po raz pierwszy dostałem się na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Było 10 kandydatów na jedno miejsce. Każdemu członkowi komisji płacono 10 złotych od przepytanego kandydata plus woda mineralna za darmo. Potem powstał głośny tekst w „ITD” zatytułowany „10 złotych od głowy”. Ciekawe to były czasy. Pamiętam, jak 10 listopada 1980 roku młody asystent zwolnił nas z zajęć ekonomii politycznej żebyśmy mogli udać się pod sąd, w którym rejestrowano NSZZ „Solidarność”. Na pierwszym roku zdawałem egzamin z MTRS, czyli marksistowskiej teorii rozwoju społecznego. Pamiętam dokładnie ludzi, którzy prowadzili ze mną ćwiczenia i wykłady z tego przedmiotu. Dziś jeden z nich bez cienia zażenowania wygłasza na tym samym wydziale wykłady z socjologii ogólnej. No comments.
    Na studiach zaprzyjaźniłem się z synem Andrzeja Bilika, jednego z bardziej kompetentnych dziennikarzy reżimowych. Bilik – junior był to przystojny i niegłupi gość, który równo „kosił” panienki. Dziś mieszka on w Chicago i – o dziwo – nadal utrzymuje ze mną kontakt. A tatuś przepadł. Nic dziwnego – nie lubił go nawet Urban. Ale nikt nie może powiedzieć, że papa Bilik nie był fachowcem. Trochę szkoda mi takich ludzi dziś. gdy wokół szerzy się amatorszczyzna. Z tamtych czasów pamiętam również kolegę z roku o bardzo etnicznym nazwisku. Był typem konstruktywnego krytyka marksizmu. Ja zaliczyłem MTRS od razu, a on dopiero w drugim terminie. Nie był wielkim umysłem. Dziś jest asystentem u profesora Ryszki. Marksizm przydał mi się jednak trochę w kwestii pewnych podstawowych pojęć. Dzięki pierwszym kontaktom z naszym zacnym wydziałem wiem obecnie, że Lennon i McCartney byli błyskotliwym dowodem istnienia triady heglowskiej (i marksowej) na gruncie muzyki: Paul – teza, John – antyteza, ich spółka – synteza.
    Z dziennikarstwa wyleciałem po roku. To o mnie młody Bilik napisał dowcipny wierszyk: „Był raz student na wydziale polityczno-dziennikarskim, a że się nie uczył wcale – silnym, zdrowym był i dziarskim”.
    W 1983 roku rozpocząłem studia na etiopistyce. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z uniwersytecką opozycją w osobie Pani profesor Joanny Mantel-Niećko. Z tego rozdziału swoich studenckich potyczek zapamiętałem zdolnego asystenta, jedynego pracownika Katedry Etiopistyki, który mówił płynnie po amharsku. W ciekawy sposób zaliczał on po studiach wojsko. Kiedy do Polski miał przyjechać Mengystu Hajle Marjam, Jaruzelski potrzebował pilnie polskiego tłumacza – nie wypadało posiłkować się rosyjskim etiopistą. Ktoś wywąchal, że nasz skromny orientalista siedzi gdzieś w jednostce pod Elblągiem. Szybka akcja, helikopter i wkrótce przyszły asystent w galowym mundurze siedział już w towarzystwie generała i etiopskiego dygnitarza. Potem jaruzelski wykorzystywał go przy okazji innych wizyt chłopaków z zaprzyjaźnionej Etiopii. Disce puer latine…
    Nie najlepiej przyswajałem sobie znaczki amharskiego sylabariusza. Nie wdajac się w szczegóły – w kwietniu 1985 roku wcielono mnie do Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej w Ustce. Gdybym był rudy – wzięliby mnie do innych wojsk. A tak stało się – marwoj! W jednostce szybko nadano mi pseudonim „Dziennikarz”. Przyznam szczerze – zhańbiłem się płytkim konformizmem. Zacząłem organizować na swojej kompanii – uzgodniwszy to oczywiście z oficerem politycznym – komórkę organizacji młodzieżowej. Składki, znaczki, legitymacje – a inni polerowali w tym czasie kompanijne podłogi. Do przysięgi jednak nie dotrwałem. Zadecydowała „poważna” choroba kręgosłupa. Miałem „mocne” papiery od zaprzyjaźnionego lekarza. Komisja Marynarki Wojennej doceniła ich ciężar gatunkowy. Po latach dochodzę do wniosku, że w całej tej sprawie mógł odegrać pewną rolę również mój „kręgosłup ideologiczny”. Pamiętam, że podczas szkolenia politycznego przebąknąłem coś, jakby niechcący o społecznym nauczaniu Papieża jana Pawla II. Porucznik mocno się krzywił. Moja siostra była już w tym czasie oficjalnym rezydentem w Wielkiej Brytanii (w decyzji o pozostaniu na Zachodzie pomógł jej General, wyjechała z Polski na miesiąc przed wprowadzeniem stanu wojennego). Nie twierdzę oczywiście, że próbowałbym porwać do Londynu kuter torpedowy, ale przecież przez te 2, 3 lata zobaczyłbym w wojsku niejedno. Nawet biorąc pod uwagę zakaz wyjazdów na Zachód, obowiązujący przez jakiś czas tych, którzy opuśclli wojsko, nie byłem chyba, według oceny specjalistów z Ustki, najlepszym materiałem na socjalistycznego marynarza.
    W 1989 roku znalazłem się na semestrze zerowym Zaocznych Studiów Dziennikarskich UW. Zajęcia odbywały się w Szkole Partyjnej przy Bednarskiej. Zapamiętałem z tamtego okresu duży telewizor wiszący w hallu. Wykładowcy – bardzo często związani z upadającym reżimem – mówili nam o PRL z coraz większą dozą ironii – a my w przerwach między zajęciami wychodziliśmy na korytarz, żeby rzucić okiem na zachodnie video-clipy i posłuchać w oryginale newsów z wolnego świata. Tzw. nowe media odegrały ogromną rolę w obaleniu komunizmu w Europie Wschodniej. Na naszych oczach w Szkole przy Bednarskiej rozrywała się bomba informacyjna.
    Dziś w 5 lat po Okraglym Stole i w 50 rocznicę powstania PRL kończę ostatni, dziesiąty semestr studiów dziennikarskich wykładem monograficznym „Wokół PRL”. Rządzi lewica, za rok może okazać się, że Aleksander Kwaśniewski zastąpi w Belwederze Lecha Wałęsę. Ponieważ moja praca ma charakter bardzo nieformalny, pozwolę sobie przytoczyć wierszyk mojej zdolnej koleżanki ze studiów, która bardzo dowcipnie ujęła ten zaskakujący „powrót do jajka” (wierszyk powstał z okazji pożegnalnej prywatki podstarzałych studentów).

    1989

    O roku ów, o pamiętny roku dla wybranych
    Ileż wspomnień się wiąże z tobą, o kochany
    W gnieździe bolszewicyzmu, w przededniu odnowy
    Zaczynał na Bednarskiej studia rok zerowy
    Palmy, kwiaty i klomby – nastrój, jak na fecie
    TV satelitarna i flaki w bufecie
    A jeśli ktoś odwlecze nieuchronny finał
    To może studia skończy tam, gdzie je zaczynał.

    Praca moja może kogoś oburzyć. Katolik wspomina z sentymentem PRL, całkowicie zapominając o zbrodniach stalinizmu, roku 1956, 1968, 1970, Radomiu, Ursusie, kopalni „Wujek”, zamordowaniu księdza Popiełuszki. Piszę tu jednak o swoich własnych doświadczeniach. W latach 50. nie było mnie jeszcze na świecie. W roku 1970 miałem zaledwie 9 lat. Świadomym człowiekiem stałem się w latach 70., bez wątpienia najlepszej dekadzie w historii PRL Pamiętając o tym, że wszyscy korzystaliśmy wówczas z pożyczonej butli z tlenem, muszę obiektywnie przyznać, że rodzinie mojej żyło się w tamtych latach dużo lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej czy później. Pochodzę z wybitnej rodziny nauczycielskiej. Dziadek był przed wojną pionierem szkolnictwa podstawowego na Mazowszu. Po wojnie zorganizował pierwszą szkołę podstawową w Legionowie, a potem był przez 19 lat dyrektorem liceum w tymże mieście. W 1966 roku wybudował w Legionowie „tysiąclatkę”, w której młodzież tego miasteczka uczy się do dziś. Ojciec mój był wybitnym naukowcem i również pedagogiem, profesorem Politechniki Warszawskiej, promotorem 11 prac doktorskich i ponad 70 magisterskich. Biorąc pod uwagę to, że dziadek zmarł w 1990 roku, a ojciec w 1992 roku, można założyć, że 90 procent ich dokonań naukowo-dydaktycznych przypadło na lata PRL. Uczyli młodzież – lewicową, prawicową, chłopską, robotniczą, inteligencką, pochodzenia semickiego, dzieci prywaciarzy i naukowców. Ojciec zajmował się tematyką bardzo neutralną z politycznego punktu widzenia – ochroną atmosfery. A zatruwana jest ona w każdym ustroju politycznym. Tata nigdy nie należał do partii. Nigdy również nie był apologetą minionego ustroju. Z drugiej strony nie prezentował – jak określa to Adam Michnik – antykomunizmu „tramwajowego”. Zarówno tata jak i dziadek – napiszę nieskromnie – byli wybitnie zdolni i pracowici. Śmiem twierdzić, że wybiliby się w każdym ustroju (dziadek – syn kieleckiego chłopa – już przed wojną ukończył Seminarium Nauczycielskie w Ursynowie). To kwestia biologiczno-historycznego przypadku, że trafili na okres po Jałcie. Zajmowali się edukacją społeczeństwa, a fakt, że niektórzy ich wychowankowie grają „pierwsze skrzypce” w życiu naukowym i politycznym Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, każe widzieć ich dzialalność w wymiarze ponadustrojowym.
    Wśród rodzinnych pamiątek przechowuję do dziś Trybunę Mazowiecką (organ Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR) z 27 grudnia 1956 roku. Podczas obrad VI Konferencji Sprawozdawczo-Wyborczej PZPR województwa warszawskiego towarzysz Piotr Chruściel mówił o latach stalinizmu: „Żadna warstwa społeczna, żaden człowiek w Polsce nie odczuł tak boleśnie narkotycznej obłudy i kłamstwa minionego okresu, jak nauczyciel (…). Od każdego obywatela mamy prawo wymagać rzetelnego spełniania przyjętych na siebie obowiązków. Od nauczyciela w najwyższym stopniu, a to z racji jego specyficznej działalności. Ziarno fałszu posiane w duszy dziecka, kiełkuje do śmierci, a bardzo często robi z dziecka kalekę duchowego”.
    Mój dziadek nie zrobił kalek duchowych ze swoich maturzystów – Olka Łuczaka i Włodka Siwińskiego. Pierwszy jest dziś wicepremierem i ministrem edukacji narodowej, drugi rektorem Uniwersytetu Warszawskiego.
    Mój stosunek do PRL nie jest jednoznaczny. Dziś zresztą jest chyba bardziej pozytywny, niż 2-3 lata temu. Przypomina on stosunek mojej matki do lat 50. Mama zdaje sobie sprawę, że byly to czasy ciężkie, a nawet tragiczne. Dla niej jednak to kwitnące kasztany, matura, pierwszy chłopak – młodość, która nigdy nie wróci.
    Niejako syntezą mojego stosunku do Polski obecnej i byłej jest temat pracy magisterskiej, który wybrałem: „Historia Sekcji Polskiej BBC”. W ramach zbierania materiałów przeprowadzam rozmowy z przedstawicielami emigracji londyńskiej, jak również M.F. Rakowskim, Jerzym Urbanem, Włodzimierzem Sokorskim. Uczę się tolerancji. Nauka ta przychodzi mi chyba łatwiej niż większości osób o klasycznym rodowodzie katolickim. Przecież coś o tym PRL wiem.

    PIOTR CHRÓŚCIEL

Viewing 1 post (of 1 total)
  • You must be logged in to reply to this topic.